02. F a r b a
Dużo mi zajęło przepisywanie. Za dużo. Długo jednak zastanawiałam się nad zakończeniem, ponieważ nie mogłam wpaść na rzaden pomysł. Dlatego też ten rozdział został bez zakonczenia, a ja zajęłam się pisaniem kolejnych części. Od czasu do czasu powracałam do niedokończonego rozdziału, ale wciąż miałam pustkę w głowie.
Dzisiaj go skończyłam. Przypaciłam to bólem w krzyżu, ale jestem zadowolona.
Smacznego
Pewnego dnia obudziłam się, spojrzałam na otaczające mnie ściany i stwierdziłam, że coś jest nie tak. Kolory były wyblakłe, brzydkie i dodawały pokojowi charakteru trumny lub pomieszczenia, gdzie urządza się stypy. Wstałam, wsadziłam stopy w kapcie i zeszłam do kuchni. Wspięłam się na palce, by wyciągnąć z szafki płatki i miskę. Wyjęłam z lodówki mleko, zmieszałam składniki w misce i usiadłam przy metalowym stole, by w spokoju zjeść śniadanie.
- Dzień dobry - ziewnął Tata na powitanie, wchodząc do kuchni.
- Mogę przemalować pokój? – spytałam.
- To twój pokój – wstawił wodę i oparł się o blat. – Natchnęło ciebie?
- Coś w tym rodzaju – powiedziałam z pełnymi ustami i kilka białych kropelek wylądowało na srebrnej tafli stołu. – Jest zbyt smutny i przytłacza mnie. A mogę dzisiaj?
Jednak nie mogłam ani dzisiaj ani nawet następnego dnia, bo gdy weszłam na stronę internetową jednego z producenta farb i zobaczyłam ogrom kolorów, jaki proponuje, stwierdziłam, że potrzeba co najmniej tygodnia, by spośród tej masy wybrać dwie barwy, które by mnie zadowoliły. Gdy po południu przyszła Buba, oczywiście bez uprzedniego poinformowania mnie, zastała swoją przyjaciółkę z nosem przyklejonym do ekranu komputera i raczej zrezygnowanym wyrazem twarzy.
- A co ty robisz? – zagadnęła wesoło. – O, kolorki! Jakie ładne!
Czasami potrzeba było naprawdę dużo cierpliwości do Buby, gdy jakieś śrubki luzowały jej się w głowie, traciła cały swój racjonalizm i powagę i zachowywała się jak niezwykle infantylna gimnazjalistka. Gdy posłałam jej jedno z tych spojrzeń, które jasno dawało jej do zrozumienia, że chyba zwariowała, wzruszyła ramionami z naburmuszona miną i zajęła się przeglądaniem rzeczy, które aktualnie zalegały na moim biurku. Sięgnęła po „Inny świat” i postukała paznokciem w okładkę.
- No czego chcesz? – spytałam, bo naprawdę nie wiedziałam, o co jej chodzi.
- Czytasz? – zrobiła groźną minę.
- Czytam – skłamałam bez mrugnięcia okiem, ale za to z szerokim ziewnięciem,
- Akurat. Gdybyś czytała, to leżałaby przy łóżku, a nie tutaj.
- To po co pytałaś ? – nabzdyczyłam się.
- Tak sobie – Buba wzruszyła ramionami i spojrzała na ekran. – Długo już tak siedzisz?
- Od wczoraj. Oni chyba celowo produkują taką ilość kolorów, by ludzie, którym zależy na szybkiej i efektownej zmianie kolorystyki pomieszczenia tracili cierpliwość i zdrowie psychiczne, przedzierając się przez ten busz. A potem idziesz do sklepu, a tam się okazuje, że odcienia, na którym ci zależało akurat nie ma i szlag cię trafia – tu uderzyłam dłonią w klawiaturę i wyłączyłam monitor. – Masz do mnie jakąś sprawę?
Przez cały tydzień nie byłam wstanie myśleć o niczym innym prócz wyboru farb. Na fakultetach z geografii przeglądałam pod ławką katalog kolorów, czym okropnie wkurzyłam Bubę ( „Za trzy i pół miesiąca matura, idiotko jedna, skup się choć ten jeden raz!”), na polskim, zamiast słuchać pani Jadzi, która tłumaczyła patałachom(czyli nam) czym tak naprawdę jest „Inny świat”(według mnie nudą, ale mnie nigdy nikt nie słucha), siedziałam nieprzytomna w ławce i zastanawiałam się, czy wybrać ‘wiosenny poranek’ a może ‘dojrzałe kiwi’ i który bardziej będzie pasował do ‘słonecznego poranka’. Buba stwierdziła, że zupełnie mi odbiło i że już normalnie nie da się ze mną porozmawiać, bo każda rozmowa sprowadza się do farb.
Raz byłam z odwiedzinami u Castoramy. Popatrzyłam na kolory, zebrałam więcej ulotek, przejrzałam książkę o malowaniu, zebrałam jeszcze więcej ulotek i katalogów i poszłam obejrzeć lampy. To ostatnie wzburzyło Bubę i wywołało lawinę jęków, bo ona przecież jest prosto z treningu i zmęczona, a ja targam ją do sklepu i w dodatku idę pooglądać lampy? No po co, skoro nie zamierzam kupować? Po prostu lubię sobie na nie popatrzeć. Jedni oglądają zachód słońca, pełnię księżyca, statki na morzu, żaby w kałuży, ludzi w hipermarkecie, a ja cieszyłam się widokiem lamp. Każdy przecież lubi co innego.
Buba po treningach jest bardzo jękliwa, jak małe dziecko, które jak się zmęczy to staje się wyjątkowo marudne. Kiedy ma wolne od zajęć, jest zupełnie inną osobą, no może odrobinę przesadziłam, po prostu Buba jest wtedy mniej jęcząca, a co za tym idzie, bardziej znośna. Skoro treningi tak ją wykańczają i jest po nich tak zmęczona, że musi narzekać na wszystkich i wszystko, to po co na nie chodzi? Kiedyś byłam na tyle naiwna, że pomyślałam, że to świetna rada i podzieliłam się nią z Bubą. W zamian otrzymałam mordercze spojrzenie doprawione kazaniem, że co taka osoba jak ja może wiedzieć? Spytałam się, co ma namyśli mówiąc ‘taka jak ja’? Że niby jaka?
- Wariatka – powiedziała.
Podejrzewam, że większa część ankietowanych w takiej sytuacji nabrałoby powietrza w usta , wytrzeszczyło oczy na Bubę i śmiertelnie by się na nią obraziła. I słusznie, bo takie jest właściwe zachowanie, przynajmniej patrząc na statystyki. Ale ze mną jest tak, że zawsze muszę pójść tą niepopularną, rzadziej uczęszczaną dróżką, więc na Bubę się nie obraziłam, tylko popatrzyłam na nią tępo.
- Ty to głupia jesteś – burknęłam, bo nic innego mi do głowy nie przyszło.
Z Bubą zasadniczo kłócimy się o dwie rzeczy: o mnie i o nią. Ja się czepiam jej treningów, bo dla mnie jest pozbawione sensu takie męczenie się, żeby później wszystkim truć życie jaka to ona padnięta jest. Buba natomiast wytykała mi, że dla mnie wszystko jest bez sensu, że jestem wyalienowana, że zachowuję się, jakbym miała reumatyzm, że smutna jestem, że płaczę, słowem – nie pasowało jej to, jak prowadzę swoje życie i starała się to zmienić wbrew mojej woli. Podejrzewam, że na początku naszej przyjaźni Buba postawiła sobie szczytny cel uczynienia ze mnie szczęśliwego człowieka i przez te wszystkie lata uparcie do niego dążyła, ale ja niestety jej w tym nie pomagałam, bo miałam swój własny plan działania, który kłócił się z tym autorstwa Buby. Jaki? Niezbyt skomplikowany. Nie dać się zrobić na drugą Bubę.
W końcu udało mi się wybrać ze sterty katalogów trzy kolory.
Śliwkę węgierkę i
na ściany oraz trawę morską na sufit. Buba kręciła nosem, bo według niej zielony i fioletowy w ogóle nie pasują do siebie i że to będzie dziwacznie wyglądać, ale w końcu dała spokój, bo wiedziała, że i tak nie wpłynie na moją decyzję.
Kiedy wróciłyśmy do domu, Buba pomogła mi przenieść rzeczy do sąsiedniego pokoju. W trakcie usuwania mebli znalazłyśmy kilka paskudnie wyglądających pająków, garść cukierków, które musiały mi się kiedyś wysypać za szafkę oraz całe stadko kurzowych kotków, które za sprawą Miszy rozprzestrzeniły się po całym domu. Po skończonej pracy wyszłyśmy na chłodną werandę i przysiadłyśmy na jej schodkach, popijając kakao. Było wyjątkowo cicho. Czasami zdarzało się, że o tej porze po ulicy biegały dzieci, bawiąc się śniegiem, ciągnąc się nawzajem na sankach, ale dzisiaj było pusto, cicho, trochę smutno. Uniosłam głowę by spojrzeć na ciemnogranatowe niebo przyozdobione jasnymi gwiazdami. Nagle jedna z nich opuściła swoje miejsce i przecięła granat, znikając za horyzontem.
- Pomyślałaś życzenie? – spytałam Bubę.
- No chyba żartujesz sobie! – oburzyła się. – Wiesz, że uważam to za dziecinne.
- Hmpf – burknęłam i łypnęłam na Bubę spode łba, bo naprawdę poczułam się jak jakaś dziesięcioletnia dziewczynka.
Nie wiem, jak długo siedziałyśmy na stopniu nim Buba się odezwała, ale musiało minąć sporo czasu, bo wydawało mi się, że odmroziłam sobie tyłek.
- A ty co pomyślałaś?
- Aa… takie tam – wzruszyłam ramionami.
Znowu zapadła cisza. Buba wbiła wzrok w swój kubek z kakaem, jakby nagle dostrzegła w nic coś niezwykle interesującego. Odchyliłam się do tyłu, podpierając się na rękach i popatrzyłam na nią.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? – uśmiechnęłam się.
- No tak – mruknęła.
- Zawsze chciałam mieć normalne życie – westchnęłam. – Takie jakie ma miliony innych nastolatków.
Buba nic nie powiedziała, tylko kopnęła kamyczek, który leżał na stopniu, obok jej buta. Spadł na kamienną dróżkę i zatrzymał się obok kępki trawy. Kiedy tak na niego patrzyłam, naszła mnie myśl, że sama jestem tym kamyczkiem. Ktoś mnie kopnął i zostawił. Tak się czułam. Obróciłam głowę, wzrok zatrzymał się na oknach pokoju Kamila. Ile razy wpatrywałam się w to okno, przed i po? Niemalże zawsze był pusty, bo Kamil biegał w pogoni za czymś, co nie miało kształtu, co było tylko instynktem, który nie pozwalał mu przystanąć, odetchnąć, odpocząć. Wiedziałam o tym i mimo to związałam się z nim, mając nadzieję, że pomożemy sobie nawzajem – ja go zatrzymam, a on się mną zaopiekuje i nauczy radości.
- Chyba będę się zbierać – Buba wstała i rozciągnęła się.
Zeszła do ogrodu. Zamiast jednak podejść do bramki i wyjść na ulicę, zatrzymała się przy kamyczku i spojrzała na niego smutno. Przykucnęła i schowała go do kieszeni.
- Myślisz, że kiedyś będzie normalne? – zapytała. – Twoje życie?
- Życzenia są po to, by ktoś mógł je spełnić – posłałam Bubie szeroki uśmiech.
- No tak – odparła.
Patrzyłam na nią aż zniknęła w mroku ulicy. Może i byłam porzuconym kamyczkiem, ale zawsze był przy mnie ktoś, kto by mnie przygarnął i sprawił, że przestałabym być sama.
piątek, 9 stycznia 2009
Dodaj|1
Wykonanie
Od czego tu zacząć...
Więc tak, rysunek jest mój, dlatego też życzę sobie posostawienie go w spokoju.
Brusze są z... nie wiem, skąd są, ale czyjeś są na pewno. Jakby ktos wiedział, byłabym wdzięczna za pomoc.